• Główna
  • Kultura
  • Lifestyle
    • Kulinaria
    • Uroda
    • Sport
  • Prawo
  • Zarządzanie

Razem kulturalnie

facebook twitter instagram

Korki, upały a może po prostu ścisk w komunikacji miejskiej, to jedne z najczęściej podawanych powodów dla których decydujemy się na zmianę autobusu czy tramwaju na rower. Dziś postaram się Wam przybliżyć wady i zalety jazdy na rowerze do (wybierz właściwe) pracy, na uczelnię czy na spotkanie ze znajomymi.



Zalety:

  • Szybki dojazd - może na miejscu docelowym nie będziesz tak szybko jak samochodem, ale nie oznacza to, że nie dojedziesz w dobrym czasie do swojego punktu docelowego. No i jeszcze to uczucie szczęścia, które trudno opisać podczas, gdy wymijasz stojące w korkach samochody i autobusy :)  Szczerze polecam sprawdzić to uczucie. 
  • Prosta obsługa roweru - zarówno wypożyczenie roweru jak i jego użytkowanie nie należy do trudnych. Nie musimy martwić się o milion przerzutek (w krakowskich rowerach jest ich 3) jak również spadających łańcuchów. Jazda jest prosta, łatwa i przyjemna. 
  • Niewygórowana cena - na początku zastanawiałam się, czy jest to dobry pomysł, żeby inwestować pieniądze w przygodę z miejskim rowerem. Tak na prawdę pieniążki zwróciły się w zaskakująco szybkim tempie. 

Wady:

  • Brak ścieżek we wszystkich częściach Krakowa -utrudnieniem może okazać się brak ścieżek rowerowych w niektórych częściach Krakowa, co za tym idzie konieczność jazdy po szerokich chodnikach lub jezdni, na której trzeba wykazać się szczególną ostrożnością :) 
  • Słaby sprzęt- same rowery, choć tak jak wspominałam wcześniej nie są trudne w obsłudze niestety nie są produktami wysokiej jakości. O ile na ścieżkach rowerowych śmiga się na nim bardzo dobrze, to w przypadku mniej dostosowanych ścieżek i krawężników niestety poczujemy hmm małe, no dobrze większe wstrząsy. Rowery nie posiadają bowiem amortyzatorów. 



Jak wypożyczyć Wavelo:

Kiedy zalogujecie się przez stronę i opłacisz wybrany przez siebie abonament (screen powyżej) można wziąć się za wypożyczanie roweru. W wskazanych miejscach (mapę możecie znaleźć TUTAJ) po prostu podchodzimy do naszego super sprzętu i wpisujemy nasz numer telefon oraz PIN, który wybraliśmy w trakcie rejestracji. Dalej odblokowujemy zabezpieczenie i siup możemy jechać :)


Zasady jazdy rowerzysty- najczęstsze błędy 

Rowery miejskie i nie tylko zawładnęły ulicami miast, czy jednak taka jazda jest bezpieczna?  Czasami sami sobie stwarzamy sobie zagrożenie. Poniżej moje subiektywne zestawienie trzech takich sytuacji, które widuje na krakowskich drogach :) 

  • zbyt szybka jazda– jeżdżąc czy to po ścieżce czy chodnikach należy stosować się do pewnych z góry ustalonych zasad bezpiecznej jazdy. Nie należy zatem zbyt szybko jeździć, aby potem niepotrzebnie gwałtownie hamować np. przed przejściem. W ten sposób stwarzamy niebezpieczeństwo nie tylko dla siebie, ale i innych 
  • jeżdżenie "parami: – to zmora nie tylko ścieżek. Kilkuosobowa grupa ludzi jedzie bezpośrednio obok siebie, blokując przy tym przejazd innym osobom. Najgorszą opcja jest jazda po drodze większą grupą, gdzie rowerzyści narażeni są na kraksę z samochodem. Dlatego rowerzyści nie narażajcie swojego zdrowia i jeździjcie gęsiego!
  • nie jeżdżenie ścieżką a chodnikiem– w coraz to większej ilości miejsc tworzą się ścieżki rowerowe, a niektórzy rowerzyści i tak wybierają chodnik. Ścieżki rowerowe są dużym udogodnieniem, dlaczego z nich nie korzystać? Pamiętajmy, że wybierając chodnik musimy uważać i przepuszczać pieszych. 

Dajcie znać czy wy również wybieracie rower jako swój środek lokomocji, jeżeli tak czy macie jakieś sprawdzone trasy na wycieczkę? :) 

*Nie jest to post sponsorowany 

/M.


Share
Tweet
Pin
Share
1 komentarze

Chociaż na chwilę obecną jestem już oficjalnie absolwentem kierunku Prawa własności intelektualnej i nowych mediów, a kilkadziesiąt dni temu obroniłam nawet pracę, w której opisuje problematykę prawnoautorską w działalności blogerów, wciąż nie czuję się specjalistką jeśli chodzi o ten temat. Musicie mi wierzyć na słowo, ale w prawie, a w tej jego gałęzi na pewno, zdecydowanie zbyt dużo zależy od pewnych niuansów i wykładni by móc stwierdzić, że coś na pewno znajduje się pod ochroną, a jakieś zachowanie stanowi naruszenie praw innego blogera czy użytkownika Internetu. Chociaż obowiązują pewne reguły, pozostawiają one pewne pole do interpretacji; niektóre czynności wydają się jednoznacznie złe z moralnego punktu widzenia, ale jednocześnie nie są zabronione przez prawne regulacje, a niekiedy wśród przepisów można wręcz znaleźć na nie przyzwolenie. 

Jeśli nie zniechęciłam Was jeszcze do tego zagadnienia, jestem pełna podziwu i równocześnie ogromnie się cieszę. Mój pesymizm był pod pewnymi względami przesadzony i przyswojenie pewnych zagadnień z pewnością może okazać się przydatne jeśli chodzi o prowadzenie bloga. Nasz polski ustawodawca, cokolwiek myślimy sobie na jego temat, zatroszczył się pod pewnymi względami o prawa blogerów - chroniona jest nasza twórczość, a przynajmniej pewne jej elementy, a dodatkowo istnieje pewna furtka, która umożliwia nam wykorzystanie pracy innych blogerów. 

W cyklu poświęconym prawom autorskim chciałabym się skupić na tych jego zagadnieniach, które w działalności blogowej rzeczywiście mogą okazać się przydatne. opowiemy sobie trochę o tym w jaki sposób uzyskać ochronę prawnoautorską; czy naprawdę nie możemy powielić pomysłów innych blogerów; dlaczego licencja Creative Commons jest tak przydatna jeśli chodzi o blogowanie i dlaczego warto wiedzieć czym jest prawo cytatu. Zagadnienia, które w tym momencie przywołałam oczywiście nie są jedynymi wartymi omówienia w kontekście blogerów i jestem przekonana, że z biegiem czasu pojawi się ich jeszcze więcej. Chętnie wysłuchałabym natomiast co Was interesowałoby najbardziej w tej dziedzinie - rozważę każdą sugestię i w miarę możliwości postaram się udzielić odpowiedzi, czy to w poście czy w komentarzu.

Karolina

Share
Tweet
Pin
Share
4 komentarze

Kiedy podjęłyśmy decyzje o reaktywacji bloga i przeprowadzałyśmy burzę mózgu żeby zebrać pomysły na potencjalne posty, od razu wiedziałyśmy, że tematyka filmów będzie często gościć na Razem kulturalnie. Zakupienie karty Unlimited (o której Kala pisała już tutaj) sprawiło, że ów temat stał się nam wyjątkowo bliski. Nie tylko z zainteresowaniem przeglądałyśmy kinowe premiery, ale także zaczęłyśmy nadrabiać niektóre starsze tytuły (z ostatnich kilku lat). Korzystając z tego, że wciąż czeka nas jeszcze perspektywa kilku miesięcy 2017 roku, postanowiłyśmy przygotować zestawienie dziesięciu filmów, które do tej pory (a więc mniej więcej do końca lipca) wywołały na nas największe wrażenie. Postanowiłyśmy nie ograniczać się jedynie do produkcji, których polska dystrybucja przypadała na 2017 rok. Jedynym kryterium było to, że obie musiałyśmy zapoznać się z danym filmem. Czasem było ciężko, bo nasze gusta nie pokrywają się w stu procentach - Kala wciąż rozpacza, że nie znalazło się miejsce dla Lion. Droga do domu, a Panna M,. chętnie zobaczyłaby wśród poniższych tytułów także Whiplasha; no i oczywiście musiałyśmy jakoś uporządkować całą dziesiątkę, ale obie jesteśmy zadowolone z efektu końcowego.


10. Zwierzogród 

Mały spoiler naszego zestawienia, ale Zwierzogród bezkonkurencyjnie okazał się najlepszą animacją jaką miałyśmy okazję obejrzeć z Panną M. do tej pory w 2017 roku (fakt, że w rzeczywistości nie miał zbyt godnego przeciwnika). Z naszej dwójki zawsze to ja chętniej odmładzam się seansem filmów animowanych "dla dzieci", ale cieszę się, że  chociaż tym razem Monika nie czuła się znużona oglądaniem a nawet zgodziła się umieścić ów produkcje w naszym prywatnym rankingu. Bo widzicie, Zwierzogród to dokładnie ten rodzaj animacji, która sprawia, że pomimo dwudziestu dwóch lat wciąż uparcie oglądam bajki - z ciekawą fabułą (która, nawet jeśli powiela pewne motywy, nie robi tego w widoczny na pierwszy rzut oka sposób) przepełnioną zarówno akcją, jak i sporą dawką humoru; z morałem podanym w subtelny, nienachalny sposób; i cudownymi bohaterami, których chyba nie da się nie obdarzyć sympatią. A scena z leniwcami jest moim absolutnym faworytem!

Do bajek podchodzę dość sceptycznie i mówiąc w dużym skrócie trudno powalić mnie jakąś animacją na kolana. A tu proszę takie zaskoczenie. Ciekawa, pouczająca historia z dawką humoru, trafionych tekstów i dobrą muzyką w tle. Zwierzogród trafia z wielką przyjemnością do Top 10 filmów i wielkim serduchem, które potwierdza, że bajki nie muszą być tylko dla dzieci. Bo tak Zwierzogród to film ponadczasowy, do którego z pewnością będę z uśmiechem na twarzy wracać. I tak potwierdzam słowa Kali leniwce rządzą!


9. Sama przeciw wszystkim

Nigdy nie byłam wielbicielką filmów, w których polityka odgrywa znaczącą rolę, dlatego że nie jest to temat, który budzi moje zainteresowanie w życiu prywatnym (żeby nie powiedzieć wprost, że po prostu mnie on nudzi) i już sam fakt, ze przesiedziałam przeszło dwie godziny na seansie Sama przeciw wszystkim bez poczucia znużenia w moim odczuciu był ogromnym sukcesem. Ale nie tylko dlatego ów produkcja trafiła do zestawienia najlepszych filmów. Sama przeciw wszystkim jest po prostu filmem dobrze napisanym - w ciekawy sposób przedstawiający temat lobbingu, pozbawionym nieprzyjemnych dłużyzn i serwującym widzom zaskakujące plot twisty - i jeszcze lepiej zagranym przez Jessikę Chastain. Wiem, że jeden aktor czy aktorka nie jest w stanie udźwignąć filmu, ale Jessica Chastain daje tutaj pełen popis swoich umiejętności i sprawiła, że puściłam w niepamięć pewne mankamenty ów produkcji.

Sama przeciw wszystkim to film, na który bardzo bardzo czekałam. Za każdym razem, podczas zapowiedzi filmu w kinie dawałyśmy sobie z Kalą jasne spojrzenia - TEN film musimy obejrzeć. Jakie było moje pozytywne zaskoczenie po wyjściu z seansu. Mogę to szczerze powiedzieć - Jessica Chastain daje od siebie najwięcej dobrego temu filmowi. Jest bezbłędna w swojej chłodnej, a zarazem bardzo emocjonalnej roli. I właśnie to jest to - film w pewien sposób dawkuje nam emocje, ale stopniowo napięcie wzrasta przez co cały film przesiedziałam z zaciekawieniem w kinowym fotelu czekając na to jak dalej potoczy się akcja. Sama przeciw wszystkim to film nie tylko dla fanów kryminalnych zagadek, ale porcja dobrego kina, które szczere polecam wam nadrobić, jeżeli ktoś ma jeszcze takie zaległości. 


8. Baby driver

Z naszej dwójki tym razem to Panna M. była tą, która opuściła seans bardziej zadowolona. Po fali zachwytu jaka zalała Internet wkrótce po premierze Baby drivera oczekiwałam chyba czegoś odrobinę lepszego (głównie przez przerysowanie fabuły), co nie oznacza, że nie doceniam ów produkcji. Z jakiegoś powodu trafiła w końcu do tego zestawienia. Nie jestem znawcą kinematografii i tym na co głównie zwracam uwagę w trakcie seansu jest fabuła i gra aktorka (no, może jeszcze muzyka), ale nawet taki laik jak ja jest w stanie docenić montaż Baby drivera. Przedstawione w filmie sceny tak idealnie współgrają z muzyką, że wydaje się to niemal niemożliwe. To kino pełne akcji, które po prostu dobrze się ogląda, a ja w końcu mogę przestać uosabiać Ansela  Elgorta jedynie z rolą Gusa w Gwiazd naszych wina.

Tak tak tak mogę szczerze to powiedzieć, że ten film skradł moje serce. Chyba również dlatego, że nie spodziewałam się czegoś tak dobrego - budowanie napięcia, gra aktorska na wysokim poziomie i montaż, który w tym przypadku jest arcydziełem. Oczywiście nie jest to film pozbawiony wad, przykładowo niektóre sceny są silnie przerysowane i hmm przeciągnięte, ale mimo tego siedziałam do ostatniej minuty filmu pod bardzo dużym wrażeniem.



7. La la land

W 2017 roku w końcu udało nam się nadrobić poprzedni film Damiena Chazella - Whiplasha, ale to właśnie La la land przekonał mnie do siebie bardziej i kiedy dyskutowałyśmy z Panną M. jakie tytuły umieścić w tym zestawieniu, byłam nieugięta! Rozumiem dlaczego ów produkcja może się komuś nie podobać, ale równocześnie doskonale wpasowuje się ona w mój gust - zarówno jeśli chodzi o poszczególne elementy, jak i "całościowy obraz". Strasznie podoba mi się estetyka w jakiej utrzymany jest cały film i sposób opowiedzenia historii - pokazanie tego, ze czasami droga do spełnienia marzeń bywa bardzo trudna i że niejednokrotnie za sukcesem stoją ogromne wyrzeczenia. Poza tym mam słabość do gry aktorskiej Ryana Goslinga (a wychodzi na to, że do Emmy Stone trochę też). 

La la land można zaliczyć do koszyka filmów, które albo się kocha albo nienawidzi. Całościowy obraz w moim odczuciu - scenografii, cudownej muzyki (ścieżkę dźwiękową podsłuchuję do dziś) oraz grę aktorską z pewnością można zaliczyć do pierwszego koszyka - filmów które pozostaną w pamięci na dłużej. Historia z pewnością nie spodoba się każdemu (w trakcie seansu słyszałyśmy męskie narzekania na temat zbyt dużej ilości musicalu w filmie), ale przecież taki właśnie miał być :)


6. Jutro będziemy szczęśliwi

Tak jak Zwierzogród był najlepszą animacją jaką oglądałyśmy z Panną M. w tym roku, tak w moim odczuciu Jutro będziemy szczęśliwi jest najlepszą komedią 2017 roku (przynajmniej do tej pory). Współczesne produkcje w tym gatunku bardzo rzadko spełniają moje oczekiwania, dlatego że absolutnie nie przemawia do mnie humor osnuty wokół tematów seksu czy potrzeb fizjologicznych, a ten zaprezentowany w Jutro będziemy szczęśliwi po prostu mnie kupił. Nie obchodzi mnie to jak oderwana od rzeczywistości jest fabuła. Omar Sy po raz kolejny doskonale wcielił się w swoją rolę, a w trakcie seansu, nie ważne czy śmiałam się czy też płakałam, czułam przyjemne ciepło na serduchu i właśnie przez to uczucie ciepła Jutro będziemy szczęśliwi zasłużyło na miejsce w zestawieniu. 

To jeden z ostatnich filmów jaki ostatnio oglądałam w domowym zaciszu, który wywołał kilka łez w moim oku... tak tak choć nie zdarza mi się to często. I choć film jest pozycjonowany jako komedia i nie brakuje w nim dobrego humoru, to w filmie pojawiają się również wątki dodające "dramaturgi" i chwili do refleksji. Do ciekawej, choć nieskomplikowanej historii warto dodać ładne zdjęcia, dobrze dobraną muzykę, co w całościowym rozrachunku daje piękny obrazek - film z przesłaniem. Kto jeszcze nie oglądał niech szybko nadrobi zaległości.


5. Manchaster by the sea

Manchester by the sea jest jednym z pierwszych filmów jakie widziałam w tym roku. Na fali Oscarowych emocji chciałam osobiście przekonać się o "fenomenie" tego obrazu. I chociaż wywołał on na mnie ogromne wrażenie, podobnie jak w przypadku La la landu, wydaje mi się, że nie jest to produkcja dla każdego. Manchester by the sea to niszowa produkcja, z bardzo powolną, niemal leniwą narracją. Film porusza bardzo trudną problematykę (której nie zdradzę Wam, bo wydaje mi się, że pewien efekt zaskoczenia pozytywnie wpływa na odbiór całego obrazu), a ogromny ładunek emocjonalny w kontraście ze wspomnianą już spokojną atmosferę niemal zwala z nóg.  To nie jest łatwy film i nie powiedziałabym, że jego oglądanie jest przyjemnością, ale zdecydowanie zasługuje na uwagę - prywatnie to chyba moja top 3. A Casey Affleck jest fenomenalny w swojej roli.

Film oglądnęłam po rekomendacji Kali  oraz mnóstwie pozytywnych recenzji, Muszę przyznać, że na początku nie mogłam się "wbić" w klimat filmu, który sam w sobie jest odrobinę hmm mroczny i tajemniczy. Jednak z każdą kolejną minutą filmu Manchaster by the sea wciągało mnie coraz bardziej. Szczerze nie wiem, kiedy minęły ponad dwie godziny seansu. Historia pełna dramaturgii i wzruszeń, trochę tajemnic i nieodpowiedzeń to tylko część z genialnej filmowej całości, która zasługuje na pierwszą piątkę naszego zestawienia. Oczywiście nie mogę zapomnieć o genialnej grze aktorskiej Casey'a Afflecka- majstersztyk :)


4. Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie

Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie to jeden z tych filmów, do których zasiadłam z błędnymi oczekiwaniami. Nie wiem co zasugerowało mi, że ów produkcja jest komedią, ale właśnie tego spodziewałam się na początku seansu. O dziwo, wcale nie sprawiło to, że poczułam się rozczarowana. Wręcz przeciwnie, Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie jest w moim odczuciu jednym z milszych zaskoczeń tego roku. Cała historia, skupiona wokół tego jak ogromną skarbnicą wiedzy na nasz temat są telefony komórkowe, dotyka w rzeczywistości wielu tematów związanych ze związkami, rodzicielstwem czy też przyjaźnią. Zdarzają się tam pewne sceny sprawiające wrażenia "przydługich" czy też takie gdzie wkrada się pewne moralizatorstwo, ale i tak to po prostu mądre kino, z doskonałym zakończeniem.

Oj jaki był to dobry film. Nie ukrywam, że w moim osobistym zestawieniu trafiłby jeszcze ciutkę wyżej. Dawno żaden z filmów nie trzymał mnie tak w napięciu, dosłownie do ostatniej minuty,. Choć na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że to komedia, tak to prawda dawka humoru jest wielka, ale i historia, która niesie za sobą dużo morałów. Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie to nie tylko film o tym jak ważne jest, że małe kłamstwo może nieść za sobą kolejne. Film każdy może interpretować na swój własny sposób. 


3. Ex machina

Klimaty science fiction nie są czymś czego poszukuje zarówno w literaturze, jak i filmach, ale do obejrzenia Ex machiny nakłoniły mnie bardzo pozytywne recenzje (nie wspominając o nominacjach do prestiżowych nagród), jak i obecność Alicii Vikander, którą po roli w Kryptonim UNCLE po prostu uwielbiam. I absolutnie się nie zawiodłam. Ex machina ma taki niesamowity, trochę psychodeliczny klimat. Od samego początku w trakcie oglądania towarzyszy nam pewien niepokój, a wraz z rozwojem fabuły atmosfera tylko gęstnieje. Cytując samą siebie: wplatane w fabułę piękne kadry krajobrazów, muzyka - wszystko to idealnie współgra z całością. Nawet jeśli pojawiają się pewne przydługie, nużące momenty, nie wpływają one znacząco na jakość produkcji. Ex Machina ujmuje jako całość - atmosferą, niezwykle klimatycznym zakończeniem i grą aktorską (z Alicią Vikander na czele). 

Nigdy nie byłam fanką filmu pokroju Ex Machiny i myślałam, że nigdy nie będę. Ale właśnie nigdy nie mów nigdy. Ten film całkowicie zmienił mój pogląd na ten gatunek filmów. Gra aktorska -mistrzostwo, ale dwa elementy, które najbardziej mnie urzekły to scenografia, która świetnie odzwierciedla klimat filmu oraz fakt, że emocje utrzymują się przez cały film. Mogę powiedzieć to szczerze podczas oglądania Ex Machiny miałam ciary na skórze.



2. Wonder woman

Jeżeli chodzi o kino rozrywkowe, Wonder woman zdecydowanie jest moją ulubioną produkcją obejrzaną do tej pory w 2017 roku. Co dziwi mnie tym bardziej, że a) poprzedni tytuł w filmowym uniwersum DC jaki widziałam - Batman v Superman: Świt sprawiedliwości - zupełnie nie przypadł mi do gustu i b) po tylu pozytywnych opiniach, miałam bardzo wysokie oczekiwania. Jednak fakt, że nawet teraz, przeszło miesiąc po obejrzeniu, wciąż rozpamiętuje niektóre sceny i na nowo przeżywam pewne emocje mówi sam za siebie. Wonder woman posiada wszystko czego poszukuję w produkcji o superbohaterach - świetne sceny akcji, odpowiednio wymierzona dawkę humoru i bohaterów, których darzę ogromną sympatią i którym mogę z całej siły kibicować. Gal Gadot jest doskonała jako Diana i Wonder woman, a chemia między nią a Chrisem Pinem jest nie do podrobienia. I love it!

Nie ukrywam, że Wonder Women to film który typowałam na 1 miejsce naszego zestawienia, głównie dlatego, że to nie tylko ciekawy fabularnie film, ale moje największe pozytywne zaskoczenie ostatnich miesięcy. To co najbardziej zapadło mi w pamięć to świetne sceny akcji, bardzo dobra gra aktorów i genialnie dobrana muzyka. Takie kombo nie mogło się nie udać :)


1. Pokój

Kiedy przygotowywałyśmy pierwszy szkic tego zestawienia, Panna M. powiedziała, że koniecznie powinnam jeszcze nadrobić seans Pokoju. Trochę z tym zwlekałam, bo myślałam, że wpierw uda mi się przeczytać książkę Emmy Donoghue (nie udało się), ale w końcu zasiadłam do jego obejrzenia.. I jestem niewymownie wdzięczna Pannie M. Pomimo że w moim odczuciu zwiastun niepotrzebnie spoiluje pewne wydarzenia z drugiej połowy filmu i tak jako całość wywołuje on niesamowite wrażenie. To produkcja trudna do oglądania, ze względu na problematykę jaką porusza i silny ładunek emocjonalny jaki ze sobą niesie (dodatkowo zwiększony przez to, że wydarzenia przedstawione zostają z punktu widzenia pięcioletniego Jacka). Ale zdecydowanie warta każdej poświęconej jej chwili. Doskonałe role Brie Larson i Joan Allen, ale przede wszystkim Jacoba Tremblay'a. Teraz nie mogę się doczekać seansu Wonder jeszcze bardziej!

Pokój to film, z którym dość długo zwlekałam z obejrzeniem i na prawdę nie wiem dlaczego - to prawdziwa perełka wśród filmów, która polecam każdemu. I tak pomimo ze nie zdarza mi się płakać na filmach w przypadku Pokoju nie mogłam się powstrzymać. Ta  historia łapie za serducho i można powiedzieć, że wciąga a 2 godziny filmu mijają nie wiadomo kiedy. Tak jak wspominała Kala radziłabym oglądać ten film w spokoju i ciszy a przede wszystkim skupieniu, bo film dotyka trudnych tematów.

Monika i Karolina

Share
Tweet
Pin
Share
2 komentarze

Sezon wakacyjny w pełni, a Wy nie macie jeszcze konkretnych planów na wakacje? Jeżeli sami zastanawiacie się jeszcze gdzie i kiedy pojechać może warto dać się ponieść małemu szaleństwu i zarezerwować wyjazd "w ciemno". W dzisiejszym poście weźmiemy pod lupę wakacyjne wyjazdy uwzględniając takie aspekty jak cena, kierunki podróży oraz podpowiemy Wam jak zaoszczędzić trochę pieniędzy podczas rezerwacji wakacji.

Planowanie świetna sprawa, ale czy warto?

Po poszukiwaniu wakacji idealnych mogę udzielić jednej odpowiedzi - nie warto. Najlepsze okazje możemy wyłapać w odniesieniu do miejsc, które na pierwszy rzut nie przychodziłyby nam do głowy. Planowanie przykładowo, że znajdziemy podróż w obydwie strony do Rzymu za 200 złotych może okazać się wielkim zawodem. Akurat alternatywną wycieczką może okazać się piękny Neapol za tą cenę :) Poszukiwacze okazji nie zważają na miejsce - bo przecież pewnie i tak daną miejscowość chcielibyśmy zobaczyć.



Gdzie, kiedy i za ile

Jeżeli chcemy, aby nasze poszukiwania zakończyły się sukcesem warto zadać sobie kilka prostych pytań. Czy chcemy tydzień spędzić wylegując się na plaży, czy może wybrać bardziej aktywną formą wypoczynku. Jeżeli już znamy odpowiedź to czas wziąć się za bardziej konkretne poszukiwania. Pierwszą z opcji są wycieczki zorganizowane. Zbawienne mogą się okazać takie portale jak wakacje.pl czy travelplanet, na których znajdziecie zestawienie najkorzystniejszych dla Was wycieczek i co ważne bezpośrednie odwołania do stron biur turystycznych. Sami możecie zdecydować jaki macie budżet, jeżeli macie preferowane kierunki podróży (albo tak jak my z Kalą- takie, których chcemy się wystrzegać) możecie to szybko i łatwo pofiltrować.

Druga opcja to wyjście dla osób, którym nie po drodze ze zorganizowanymi wyjazdami, w tym tych którzy uwielbiają planować i są dobrymi organizatorami (a przy okazji mają trochę czasu, żeby poszperać w dostępnych ofertach). Jeżeli chodzi o wyszukiwanie na własną rękę do w kwestii lotów mogę z czystym sercem polecić Skyscanner, eSky oraz Momondo. Te trzy wyszukiwarki znajdą dla Was najlepszą ofertę do wskazanego przez Was miejsca nawet w przypadku, kiedy nie macie wyznaczonego celu waszej podróży :) Z poziomu tych stron możecie zobaczyć oferty hoteli, a także wynająć samochód. Wydaje się skomplikowane? Nic bardziej mylnego. 



Pomocne aplikacje i strony

Poniżej zestawiam Wam w jednym miejscy wszystkie ciekawe i  przydane wg mnie strony, które ułatwią Wam w planowaniu i zakupie wakacji marzeń. 
  • Fly4free na Facebook - dodają codziennie kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt ofert perełek 
  • Tanie loty- artykuły z codziennymi ofertami: loty+hotele
  • Najlepsze wakacje- portal z zestawieniem dziennych promocyjnych wakacji 
  • Booking- oferty noclegów
  • Trivago- porównywarka cenowa hoteli
  • Holidaycheck- porównywarka ofert z wakacjami

Pomogłyśmy trochę? Czekamy na informacje, jakie macie plany wakacyjne w tym roku i czy decydujecie się na wersję niskobudżetową czy all inclusive ? :) 

Monika

Share
Tweet
Pin
Share
1 komentarze

Kiedy większość blogerów, książkowych czy też po prostu kulturalnych, zachwycała się wizją premiery nowej ekranizacji powieści Lucy Maud Montgomery - Ani z Zielonego Wzgórza, ja stałam gdzieś z boku, umiarkowanie zainteresowana tematem, a momentami wręcz na niego obojętna.  Chociaż od dziecka uważałam siebie samą za mola książkowego, a jako pilna uczennica czytałam wszystkie pozycje znajdujące się na liście kanonu lektur, historia o rudowłosej sierocie, która przez pomyłkę trafia na Zielone Wzgórze, do domu Cuthbertów nigdy nie należała do moich ulubionych opowieści. Trochę mi teraz nawet głupio z tego powodu, bo kiedy w końcu po latach odświeżyłam sobie lekturę Ani z Zielonego Wzgórza uległam jej niezaprzeczalnemu urokowi, ale jak to się mówi - tylko krowa nie zmienia zdania. Dlaczego w takim razie w ogóle obejrzałam nowy serial Netflixa spytacie, a ja odpowiem, że wszystkiemu winny jest Internet, a będąc bardziej specyficznym - ten jego fragment, który traktuje o szeroko pojmowanej kulturze. Tak długo atakowano mnie kolejnymi pozytywnymi opiniami na temat serialu - Anne with an E czy też w polskiej wersji Ania, nie Anna - że w końcu postanowiłam najpierw ponownie sięgnąć po lekturę powieści Lucy Maud Montgomery, a potem dać szansę ekranizacji. I przepadłam. Do tego stopnia, że po obejrzeniu pierwszych czterech odcinków zachęciłam do seansu Panną M. i koniec sezonu obejrzałyśmy już wspólnie, a potem - także razem - rozpaczałyśmy, że sezon drugi nie został jeszcze emitowany i nieznana jest nawet data jego premiery.


Jeszcze przed obejrzeniem pierwszego odcinka zastanawiałam się w jakim stopniu Ania, nie Anna pozostanie wierna książkowemu pierwowzorowi. Czy wspólnym elementem pozostaną jedynie postacie i zarys fabuły? Czy scenarzyści zdecydują się na wprowadzenie jakiś zmian, czy raczej strona po stronie będą podążać za książką? Nie chodzi nawet o to, że miałam jakieś szczególne preferencje w tym temacie - po prostu nie do końca byłam przekonana czego powinnam oczekiwać. Po obejrzeniu całego sezonu nie da się ukryć, że pewne zmiany fabularne zostały przewidziane w scenariuszu, ale niektóre wydarzenia stanowią niemal dokładne odzwierciedlenia scen z książki. Mając świeżo w pamięci historie opisane przez Lucy Maud Montgomery, nie da się nie uśmiechnąć przyglądając się pierwszemu spotkaniu Mateusza z Anią, herbatce rudowłosej nastolatki z najlepszą przyjaciółką czy też już chyba kultowej scenie, w której dziewczyna rozbija szkolną tabliczkę na głowie Gilberta. Tego typu "smaczków" dla osób zaznajomionych z książką jest zresztą znacznie więcej.

Czytając Anię z Zielonego Wzgórza, i mam nadzieję, że nie narażę się tym wyznaniem wielbicielom powieści, odnosiłam momentami wrażenie, że historia posiada strukturę zbliżoną do zbioru opowiadań, w której ewidentnie to Ania znajdowała się w centrum wydarzeń. Jasne, w serialu wciąż to właśnie rudowłosa nastolatka stanowi główną bohaterkę, ale dowiadujemy się znacznie więcej informacji na temat innych postaci. Trochę tak jakby scenarzyści wykorzystali furtkę jaką pozostawiła im Lucy Maud Montgomery i odpowiedzieli na pytania, które pozostawały niewyjaśnione. I tak np. podejmują próbę opowiedzenia historii, która stoi za faktem, że żadne z dwójki rodzeństwa Cuthbertów nie założyło własnej rodziny, albo losów parobka zatrudnionego przez Mateusza "na miejsce Ani" - Jerry'ego. Poprawcie mnie jeśli się mylę, ale choć Lucy Maud Montgomery wspomina w książce o zatrudnieniu pomocy w Zielonym Wzgórzu, nigdy nie spotykamy tak naprawdę chłopca.


Odnoszę wrażenie, że Ania, nie Anna stara się dotrzeć do nieco odmiennego grona odbiorców niż powieść. Jego targetem jest może trochę starszy widz, wiecie - ktoś kto w szkole poznał historię Ani i teraz myśli o niej ze swego rodzaju sentymentem. Stąd zresztą delikatna zmiana charakteru całej opowieści. Nie da się ukryć, że Lucy Maud Montgomery dotykała niejednokrotnie trudnych i bolesnych problemów (choćby w miejscach, gdy mowa o przeszłości Ani), ale spisana przez nią historia nawet na moment nie traciła swego rodzaju lekkości i uroku. Ania, nie Anna chwilami przekracza ów granicę. Krótkie retrospekcje z czasów, kiedy Ania nie mieszkała jeszcze na Zielonym Wzgórzu, ale także sceny, w których dziewczynka doświadcza niesprawiedliwości i odrzucenia ze strony ludzi (choćby jeśli mowa o pierwszych dniach w szkole, nie wspominając nawet o jednej z początkowych scen, kiedy Ania uczestniczy w pikniku), dodają pewien posmak goryczy. I wiem, że to właśnie ten zabieg nie przypadł do gustu każdemu odbiorcy.

Osobiście wydaje mi się, że to właśnie ów zabieg rzuca nowe, ciekawe światło na całą historie. Owszem, gdyby scenarzyści trochę zbyt mocno podążyli w tym kierunku Ania utraciłaby swój niepowtarzalny charakter, ale w moim odczuciu ta "dopuszczalna granica" nie została jeszcze przekroczona. Zwłaszcza, że cięższym tematom zostają przeciwstawione inne motywy z przyjaźnią na czele. Nie do końca jestem przekona co do sposobu w jaki ukazana została relacja Ani i Diany - pewne wydarzenia, które nie zostały przedstawione w książce nieco zaburzyły obraz idealnej przyjaźni, ale za to nie mogę wyjść z podziwu nad tym w jaki naturalny i cudowny sposób została ukazana więź Maryli i Małgorzaty.


Ania z Zielonego Wzgórza zawsze była historią o wkraczaniu w dorosłość dziewczynki i dlatego rozumiem pewien feministyczny wydźwięk Netflixowej ekranizacji.  Niektóre zagadnienia nie mogły zostać wyrażone wprost w powieści Lucy Maud Montgomery, bo o pewnych sprawach po prostu nie mówiło się dawniej na głos. Fakt że w XXI wieku mamy coraz mniej tematów tabu dał za to scenarzystom nowe możliwości, które Ci po prostu wykorzystali. Dzięki temu pojawia się cudowny wątek o pozycji kobiety w ówczesnym świecie czy odcinek osnuty wokół przemiany Ani z dziewczynki w kobietę (chyba najzabawniejszy z całego sezonu zarówno przez urocze zawstydzenie Mateusza, jak i postawę Ani - przerysowaną chyba do granic możliwości). W serialu, bardzo subtelnie i delikatnie, wpleciony zostaje także wątek LGBT. I powiem Wam szczerze, byłam niemal zaskoczona jak naturalnie wpisał się on w historie, mimo że przecież nie występuje w powieści Lucy Maud Montgomery.

Jeśli powiem Wam, że posiadam duszę romantyczki, nie powinniście być zaskoczeni, że czytając książkę byłam zachwycona przedstawieniem relacji między Gilbertem a Anią (zwłaszcza, że wiedziałam mniej więcej w jakim kierunku ona zmierza) i nie mogłam się doczekać momentu, w którym postać chłopca pojawi się na ekranie. Chyba nie powinnam przyznawać się do tego, że pozostaję pod urokiem kogoś młodszego ode mnie o dobre kilka lat, ale jeśli zdecydujecie się na obejrzenie serialu zrozumiecie, że właściwie nie miałam wyjścia. Wątek Gilberta i Ani wprowadza do całego serialu pewną dozę uroku i humoru. Ale przedstawienie relacji międzyludzkich - zwłaszcza takich gdzie gdzieś w tle pojawia się miłość - ogółem pozostaje mocną stroną serialu (wystarczy przywołać choćby więź Ani z poszczególnymi Cuthbertami czy wspomniane już wątki z przeszłości). I nie mam wątpliwości co do tego, że akurat w tym zakresie zasługa nie leży jedynie w scenariuszu.


Cała obsada serialu Ania, nie Anna została w idealny sposób dobrana do swoich postaci. Poczynając od Amybeth McNulty (Ani) - romantycznej duszy, ze skłonnościami do pewnej przesady i Lucasa Jade'a Zumanna (Gilberta) - zadziornego, ale też inteligentnego chłopaka  o wielkim sercu; przez Corrine Koslo (Małgorzatę) - plotkarę z dobrymi intencjami; aż po moich faworytów Geraldine James (Marylę) - pozornie oschłą starą pannę, z ogromnymi pokładami miłości i R.H. Thomsona (Mateusza) - chorobliwie nieśmiałego mężczyznę, który stawia dobro innych ponad własne. Jeśli nie chcecie obejrzeć Ani z innych powodów, warto to zrobić choćby właśnie przez wzgląd na fantastyczną obsadę (a nawet samego Mateusza).

Serial Ania, nie Anna czerpie wystarczająco mocno z powieści by stać się doskonałym wyborem dla osób, które znają i przepadają za powieścią Lucy Maud Montgomery; a równocześnie jest to produkcja dobra sama w sobie, w oderwaniu od pierwowzoru. Ciekawa jestem w jaką stronę podążą scenarzyści w kolejnych sezonach (bo nie przyjmuję do wiadomości informacji, że te mogłyby nie powstać), a przez wzgląd na pewne fakty niemal liczę na to, że nie pozostaną wierni wydarzeniom z książki. Jak powszechnie wiadomo, okres wakacji jest doskonałą okazją na to by nadrobić kulturalne zaległości. A jeśli nie widzieliście jeszcze Ani, nie Anny, zdecydowanie jest to produkcja, z którą wartałoby się zapoznać.

Karolina

Share
Tweet
Pin
Share
1 komentarze

Kwestią najczęściej powtarzaną przez moich wykładowców na studiach licencjackich było stwierdzenie, że “w przypadku rozwiązywania jakiegokolwiek kazusu, najlepsza i najbardziej uniwersalna odpowiedź to: zależy”. I właściwie mogłabym się teraz do niej ograniczyć, udzielając odpowiedzi na pytanie zadane w tytule posta. - Czy warto zainwestować pieniądze w kartę Unlimited? - Och! To zależy. Zdaję sobie jednak równocześnie sprawę z tego, że wchodząc na bloga i klikając przycisk Czytaj dalej nie do końca na takiej opinii Wam zależało. Chociaż wciąż nie udzielę Wam uniwersalnej odpowiedzi i nie podejmę za Was tej trudnej decyzji, postaram się przynajmniej szerzej zarysować ów problem i ułatwić jakoś rozwikłanie tego dylematu pierwszej potrzeby. 

CZY TO SIĘ OPŁACA?

Decyzja o zainwestowaniu w kartę Unlimited jest pod pewnymi względami decyzją przyszłościową. Jasne, w regulaminie oferty znajdziecie wypunktowane sytuacje, w których będziecie mogli zerwać umowę (bez konsekwencji czy też ich nie unikając), ale powinniście założyć na wstępie, że do tego nie dojdzie. Co w dużym skrócie wiążę się z tym, że przez kolejne 12 miesięcy będziecie musieli przeznaczać te 44 zł (a jeśli interesuje Was przede wszystkim kino w Warszawie, nawet więcej) z własnego budżetu. I to nawet jeśli, z jakiś względów, w danym miesiącu ani razu nie wybierzecie się do kina. Czy to wygórowana kwota? Moim zdaniem nie, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę ile kosztuje pojedynczy bilet kinowy w multipleksach (jeżeli chodzi o Kraków: w sieci Cinema City, bilet normalny kosztuje w tygodniu 25 zł, a w weekendy 28 zł, a w Multikinach odpowiednio 28 zł i 29,5 zł). Nie trzeba być mistrzem matematyki żeby spostrzec, że wystarczy by osoba nieposiadająca zniżki wybrała się w danym miesiącu dwukrotnie do kina by posiadanie karty było dla niej "opłacalne". Ale wiecie, wszystko zależy od punktu siedzenia. Jeżeli znajdujecie się w trudnej sytuacji finansowej, albo czekają Was spore wydatki w jakimś konkretnym okresie - nieważne ślub, komunia czy jeszcze coś innego - i jesteście zmuszeni rozliczać się sami przed sobą z każdej wydanej złotówki, warto przemyśleć temat jeszcze raz żeby uniknąć nieprzyjemnych konsekwencji. 

SKĄD GWARANCJA, ŻE ZNAJDĘ FILMY DLA SIEBIE?

Załóżmy jednak, że przemyśleliście temat - przyjrzeliście się swojemu budżetowi i doszliście do wniosku, że jesteście w stanie pozwolić sobie na wydatek rzędu około 50 zł co miesiąc, co dalej? Warto zerknąć na stronę internetową jakiegoś portalu poświęconego tematyce filmowej i chociaż pobieżnie przyjrzeć się produkcjom, które mają mieć swoją polską premierę w najbliższym czasie. Najprostszym rozwiązaniem wydaje mi się podstrona Filmwebu, ale wiecie - nie faworyzuje tu nikogo i niczego i jeśli wygodniej jest Wam korzystać z innych stron, droga wolna! Osobiście odnoszę wrażenie, że przy takiej ilości filmów, które wychodzą na dużym ekranie co roku - od animacji, przez komedie, po bardziej ambitne produkcje - każdy jest w stanie znaleźć coś dla siebie, ale przecież nie każdy musi taką opinie podzielać. Zgodzę się też z tym, że nawet w kinach zdarzają się tzw. sezony ogórkowe - okres, w którym przypada zdecydowanie mniej premier filmowych - choćby teraz, w trakcie trwania wakacji. Posiadanie karty nie obliguje Was jednak do obejrzenia wszystkich filmów, w tym takich, które absolutnie nie budzą Waszego zainteresowania. Jeśli zdarzy się miesiąc, w którym nie zasiądziecie na sali kinowej, zakup karty z perspektywy całego roku i tak możecie być dobrą inwestycją (bo np. w kolejnych miesiącach obejrzycie z pięć tytułów). Prywatnie dodam, że posiadanie karty zachęciło mnie samą i Pannę M. do tego by nieco poszerzyć horyzonty i obejrzeć filmy, które pewnie w innym przypadku zupełnie by nas nie zainteresowały i kilkakrotnie zostałyśmy bardzo miło zaskoczone. 

Warto jednak pamiętać, ze nie wszystkie filmy, które zostają wyświetlane na dużym ekranie, trafiają konkretnie do multipleksów takich jak Cinema City właśnie. Licencje na rozpowszechnianie pewnych tytułów wykupują jedynie kina studyjne, a zdarza się, że niektóre z nich można obejrzeć jedynie podczas jakiś festiwali filmowych - dotyczy to zwłaszcza filmów mniej komercyjnych. Z powyższych powodów sama wciąż nie obejrzałam niektórych animacji nominowanych do Oscara - Nazywam się cukinia czy nieco późniejsza premiera Czerwony żółw. Jeżeli to właśnie tego typu produkcje znajdują się w Waszych kręgach zainteresowań, karta również nie zaspokoi Waszych potrzeb.

CO JESZCZE DAJE POSIADANIE KARTY?

Pomijając oczywiste wnioski, takie jak to, że za daną kwotę macie nieograniczony dostęp do dowolnej ilości seansów w danym miesiącu czy szansę na to żeby przekroczyć swoją granicę komfortu i spróbować obejrzeć coś innego, jest jeszcze jeden bonus dla posiadaczy kart. Co jakiś czas, najczęściej raz w miesiącu, ale nie jest to reguła, od której nie ma wyjątków, bo np. w maju odbyły się dwa takie wydarzenia, a w innym miesiącu - ani jeden, Cinema City organizuje w wybranych kinach specjalne, przedpremierowe pokazy jedynie dla posiadaczy kart. Spektrum gatunkowe jest naprawdę szerokie od komedii, po dramaty i wydaje mi się, że szansa na to, że znajdziecie coś dla siebie jest bardzo duża.

Kartę Unlimited posiadamy z Panną M. od marca bieżącego roku. W tym czasie cena zwiększyła się raz, o 2 zł (kiedy nastąpiło podrożenie biletów w multipleksach), a na seanse wybrałyśmy się ponad 20 razy. Odsuwając na chwilę na bok obiektywne zalety posiadania własnej karty: dla mnie okazało się to doskonałą szansę na to żeby zaprzyjaźnić się z filmami. Nie uwierzycie, ale w zeszłym roku obejrzałam chyba tylko ok. 10 produkcji (podczas gdy na chwilę obecną jest ich około 60), a do kina wybrałam się dosłownie 2 razy. Nie ma uniwersalnej odpowiedzi na to czy dla Was zakup karty będzie dobrą inwestycją. Jeśli jednak zastanawialiście się kiedyś nad tym tematem, przemyślcie go jeszcze raz, uwzględniając kwestie, które poruszyłam powyżej. Ja nie żałuję.

Karolina

Share
Tweet
Pin
Share
2 komentarze

Do tego żeby wrócić do blogowania na dobrą sprawę przygotowywałyśmy się co najmniej od miesiąca, ale napisanie wstępu, jak większość rzeczy w studenckim życiu, zostawiłyśmy na ostatnią chwilę. Temperatura powyżej 35 stopni Celsjusza nie sprzyja jakiejkolwiek produktywności czy też dokładności zatem za każdy błąd z góry przepraszamy, ale nie chciałyśmy dłużej zwlekać z napisaniem tych kilku słów - We’re back! Po bodajże dwóch latach od założenia Razem kulturalnie i około roku od opublikowania ostatniego posta; po skończeniu studiów licencjackich zarówno przez Pannę M., jak i Kalę; i rozpoczęciu (no, albo prawie rozpoczęciu) kolejnego etapu edukacji przez naszą dwójkę,  postanowiłyśmy reaktywować bloga i spróbować dać mu jeszcze jedną szansę. 
Share
Tweet
Pin
Share
No komentarze
Newer Posts

About us

About Me


Monika i Karolina.
Siostry. Studentki. Blogerki.
Miłośniczki kultury, kawy i podróżowania

Logo w nagłówku: Zaprojektowane przez Freepik

Follow Us

Labels

blog filmy kultura lifestyle podróże prawo seriale wstęp

Popular posts

  • Dlaczego warto obejrzeć Anię?
  • Czy warto zainwestować pieniądze w kartę Unlimited?
  • Kilka słów na nowy początek

Blog Archive

  • ▼  2017 (7)
    • ▼  sierpnia (7)
      • Rower miejski czy warto?
      • Jak blogować by działać zgodnie z prawem? - czyli ...
      • Najlepsze filmy obejrzane do tej pory w 2017 roku
      • Jak wyjechać na wakacje i nie wydać fortuny?
      • Dlaczego warto obejrzeć Anię?
      • Czy warto zainwestować pieniądze w kartę Unlimited?
      • Kilka słów na nowy początek
FOLLOW ME @INSTAGRAM

Created With By BeautyTemplates & MyBloggerThemes